MAREK MARKOWSKI: Przetestuję pana wytrzymałość. Korwin zmasakrował lewaka, Mucha zmasakrowała Kukiza. Normalnie pogoda masakra.

JAN MIODEK: Panie redaktorze, ta brutalizacja... Obserwuję ją nawet w języku sportu, dziedziny od zawsze mi bliskiej. Parę lat temu Lyon, wtedy mistrz Francji, grał z Realem Madryt. Wygrywa wysoko, chyba 3:0, i komentator mówi: „No cóż, w pierwszych minutach mistrzowie czuli respekt przed Królewskimi, ale od 20. minuty poczuli krew”. Zdębiałem: już nie poczuli bluesa, tylko krew. A teraz? Już nie: sfaulował go, zagrał nieczysto, tylko: zmasakrował go, skasował, zmiażdżył. Wystarczy, że drużyna przegra dwa mecze z rzędu, a już powstaje nagłówek „Znów rozstrzelani”. Makabrycznie nielogiczny, bo chyba „rozstrzeliwani”, „rozstrzelani” to raz, a dobrze.

Ale proszę pana, czy to miażdżenie, czy kasowanie, czy masakrowanie, czy rozstrzelanie - wszystko pokazuje wielką brutalizację naszych zachowań językowych. Mój magistrant poświęcił swoją rozprawę językowi szeroko pojętej muzyki młodzieżowej. Dowiedziałem się, że na koncerty zaprasza się słowami: „Przyjdźcie, będzie bolało! Poleje się krew”. Wiem, że to nie jest zaproszenie na Straussa ani Léhara, ale wiele daje do myślenia.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej