Dzieje sztucznej inteligencji od początku splatają się z teologią, filozofią i matematyką. Sam pomysł zawdzięczamy Rajmundowi Llullowi (ok. 1232 – ok. 1315), misjonarzowi i teologowi z Katalonii. Chciał skonstruować machinę, która miała dowodzić prawdziwości wiary katolickiej. Aby nawrócić niewiernego, wystarczyłoby pokręcić korbą: słuszność wywodów przedstawionych przez maszynę nie ulegałaby najmniejszej wątpliwości, bo zastosowana metoda przechodzenia od przesłanek do wniosków byłaby nie tylko całkowicie zautomatyzowana, lecz także niezawodna.

Choć machina popadła w zapomnienie, idea mechanizacji rozumowania przetrwała. Podobną koncepcję głosił w XVII wieku wybitny filozof i matematyk Gottfried Leibniz (1646-1716), który uważał, że każdą myśl można sformalizować i sprawdzić w sposób czysto mechaniczny. Miał nadzieję, że w przyszłości, zamiast wdawać się w jałowe spory, będzie można po prostu porachować. Leibniz chciał nawet udowodnić w taki niezachwiany sposób, kto powinien zostać królem Polski – uczynił to w dziełku „Wzorzec dowodów politycznych” (1669).

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej