Berlin, 10 maja 1933 roku. Stolica Niemiec, wydana na pastwę brunatnych bojówek SA, pełna jest bezrobotnych, którzy uczestniczą w militarystycznych manifestacjach i krzykliwych wiecach. Na jednym z nich przemawia minister propagandy Rzeszy Goebbels, na innym - sam Hitler; grozę, jaką powinien budzić führer, dostrzegają na razie tylko nieliczni.

Jest wśród nich niepozorny młody Francuz o drobnej posturze, pociągłej twarzy, wydatnym nosie, przygładzonych włosach i odstających nieco uszach: absolwent filozofii, stypendysta berlińskiego Instytutu Francuskiego - Raymond Aron. Na alei Unter den Linden, o kilka kroków od berlińskiego uniwersytetu, płoną rzucane na stos przez opętanych nazizmem studentów niemieckie książki autorstwa "nie dość niemieckich" pisarzy. Aron zdobywa wiedzę, której nie da się wyczytać z żadnej z ówczesnych książek, poznaje logikę i praktykę rodzącego się totalitarnego reżimu. I nie jest to tylko kwestia obecności we właściwym czasie i we właściwym miejscu, lecz także szczególnej intelektualnej intuicji i umiejętności odczytywania znaków czasu.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej