Ona miała wtedy lat 37 i była już dość znaną pisarką, autorką czterech tomów opowiadań, m.in. uhonorowanego Nagrodą Wydawców "Uśmiechu dzieciństwa", choć swój największy literacki triumf - "Noce i dnie" - miała wciąż przed sobą.

On, cztery lata od niej młodszy, był urzędnikiem rządowym (później, po rozejściu się z piłsudczykami, zostanie urzędnikiem w banku, współpracownikiem "Wiadomości Literackich" i wykładowcą w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej) obracającym się w intelektualnych kręgach warszawskich i chyba jeszcze nie planował, by poświęcić się literaturze. Miał na koncie jedynie podpisywane pseudonimem recenzje, artykuły polityczne, korespondencje zagraniczne; za swój prawdziwy debiut literacki uzna napisany w 1929 r. esej "Pan Jowialski i jego spadkobiercy".

Niezrównany erudyta, świetnie i wszechstronnie wykształcony, za pan brat z antykiem, oczytany w wielu językach ("Każdą książkę pamiętał na wylot"; "jak muzyk ma słuch absolutny, tak on miał pamięć absolutną" - wspominali przyjaciele) długo uważał, że nie ma sensu, by "zaczerniał papier" dla pomnażania i tak już nieogarnionych zasobów bibliotek ("Nigdy nie miałem przekonania do takiego spędzania czasu. Zawsze miałem poczucie, że takie zajęcie wymaga ode mnie jakiegoś szczególnego umotywowania lub usprawiedliwienia" - tłumaczył w tekściku "O czernieniu papieru", a gdzie indziej uściślił: "Ja należę raczej do stręczycieli książek niż do ich autorów").
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej