Gdy w XVI wieku rozpoczął się podbój świata przez białych kolonistów, zaczął się też wyjątkowy w dziejach życia naturalny eksperyment kontaktów gatunków, które rozwijały się w izolacji często od milionów lat. Dla europejskich biologów była to prawdziwa bonanza - nigdy wcześniej nie płynęły taką falą doniesienia o nowych, często zupełnie nieoczekiwanych istotach (wystarczy przypomnieć zdumienie, jakie towarzyszyło opisom dziobaka - skrzyżowania ptaka ze ssakiem, jak sądzono).

Jednak z perspektywy najbardziej zadziwiające okazało się co innego: gdziekolwiek pojawiali się koloniści, na brzegu witały ich hordy "dzikusów" (savages - jak określano wtedy tubylców). Ludzie, choć różni, byli wszędzie.

Z biologicznego punktu widzenia należeli do jednego gatunku, co najwięksi nawet rasiści stale potwierdzali w praktyce - wszelkie związki "międzyrasowe" okazywały się nie tylko możliwe, ale także jak najbardziej płodne. Ludność wielu krajów świata, w tym większości w Ameryce Łacińskiej, to dziś potomkowie takich właśnie związków. Pozostało jednak pytanie o mechanizmy rozprzestrzenienia się ludzi. Gdy James Cook zawitał w roku 1778 na Hawaje, odnotował prymitywny charakter ich mieszkańców, żyjących wciąż bez znajomości żelaza i pisma i zdumionych widokiem jego statku "Resolution", co uznał za dowód, że nigdy nie widzieli żaglowca lub łodzi. Jak można przebyć tysiące kilometrów otwartego oceanu, nie znając sztuki szkutnictwa?
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej