Aleksandra Klich: Jeździł pan takimi busami jak ten, w którym 12 października zginęło 18 osób w Nowym Mieście nad Pilicą?

Tomasz Rakowski: Oczywiście, choćby podczas badań antropologicznych, które prowadziliśmy nad potransformacyjną biedą w Wałbrzychu. Całe miasto poruszało się takimi busikami. Często kupowali je i przerabiali byli górnicy, którzy szukali dla siebie zajęcia. Ludzie korzystali z ich usług, bo przewoźnicy byli tańsi niż pekaes i jeździli tam, gdzie pekaesów nie było. W tych busach zawsze był tłok, rzadko można było znaleźć miejsce siedzące.

Z jednej strony czuło się tam napięcie - ludzie się spieszyli do pracy, byli zmęczeni, z drugiej - solidarność wynikającą z sąsiedzkiej więzi - np. górnicy, którzy jechali do biedaszybów, nie płacili za bilety, bo było wiadomo, że oni nie mają pieniędzy.

W Drzewicy, skąd pochodzili podróżni busa, było podobnie. Kierowca zabierał wszystkich, bo nie potrafił odmówić znajomym. No i im więcej pasażerów, tym przejazd tańszy. Przepisy drogowe, zasady bezpieczeństwa nie mają w takiej sytuacji znaczenia?
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej