Byłem w przyjaźni z Bubą Burchard-Bukacką, córką pani Jadwigi, żony ministra. Kiedy nad nielicznymi polskimi Żydami, uchodźcami w Rumunii, zaciągnęła się chmura prześladowań, a niedwuznaczne gesty ze strony niektórych polskich kolegów pozwalały sądzić, że nie tylko ze strony Niemców, ale także z ich strony może mi coś grozić, Buba poprosiła Becka o zgodę na "przechowanie" mnie. Mieszkałem u nich przez kilka miesięcy, właściwie aż do przyjścia armii sowieckiej.

Nie było żadnego porównania z sytuacją Żydów w okupowanej Polsce, ale byłem na żydowskich papierach i przejście do willi Becka oznaczało nie tylko, do pewnego stopnia, koniec strachu, ale i powrót do utraconej, wydawało się na zawsze, ludzkiej więzi, ludzkiego ciepła.

Wilia przeszła źle. Trzech studentów, kolegów Buby nie chciało zasiąść do stołu z Żydem, odmówiło w ostatniej chwili przyjścia, sprawiło, że...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej