1. 20 lat po wypowiedzeniu w Sejmie 24 sierpnia 1989 r. słów o "grubej linii, którą odkreślamy przeszłość" muszę raz jeszcze zmierzyć się z problemem, jaki wokół tego zdania narósł i utrwalił się w świadomości wielu ludzi. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to była retoryczna pomyłka i przyznać się do błędu. Zapewniłoby mi to z pewnością więcej spokoju. Jednak tego nie uczyniłem i nie zamierzam uczynić, a na każdym spotkaniu, na którym pada pytanie o grubą kreskę, odpowiadam, że i dziś postąpiłbym tak samo. Obecnie jest to zresztą nie tylko spór z przeszłości, lecz i sformułowana przez zwolenników IV RP, polityków i publicystów teza o błędzie założycielskim III RP, którego skutki ciągną się do dziś. Przyznam otwarcie, że nieraz ogarniał mnie gniew, gdy słyszałem i czytałem, czemu to nie jest winna polityka grubej kreski. Patrzyłem na rodzenie się tego stereotypu, na uparte podtrzymywanie go jako wyjaśnienia źródeł zła w różnych dziedzinach życia publicznego, a w każdym razie zła, które legło u początków naszej drogi do wolności i niepodległości. Ze stereotypem trudno walczyć, posługiwanie się nim nie wymaga dowodu, przywołania złożoności sytuacji historycznej, wniknięcia w intencje wypowiedzianych słów i w sens polityki prowadzonej w określonych warunkach czasu i miejsca. Twórcy i zwolennicy tego stereotypu uważają, że ideę tamtych słów trzeba napiętnować i odrzucić. W żadnym stopniu nie chcą dostrzec tkwiących w niej problemów, które nie było łatwo rozwiązać, tak by zaspokoić w pełni i poczucie sprawiedliwości, i bezpieczeństwo przejścia kraju przez trudny okres. I tak to, co miało być - i było - cechą naszej wielkości w owych przełomowych miesiącach, drogą do zespolenia narodu w jego trudnym przejściu do nowej rzeczywistości - za sprawą tego, co wyrażał ukuty stereotyp - wracało później jak bumerang niosący truciznę podziału i nienawiści. 2. Z konieczności muszę wrócić do tekstu źródłowego: "Rząd, który utworzę - mówiłem wtedy w Sejmie - nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania. Jestem świadom, że dla moich rodaków najważniejsze jest dziś pytanie, czy może być lepiej. Odpowiemy na to wszyscy". Tyle tego tekstu. Jest on jasny i - literalnie biorąc - oznacza, że odtąd zaczyna się nowy początek. Podkreślenie tego, co dosłownie zostało wypowiedziane, nie wydaje się sprawą błahą, zwłaszcza że to najbardziej pierwotne znaczenie się w polemikach pomija. Powstaje pytanie, jak przyszły premier miał wówczas - w sytuacji pierwszego i jedynego kraju, który dokonuje wyłomu w otaczającym nas obozie państw komunistycznych - określić, że przeszłość PRL zostaje za nami i rozpoczynamy nowy rozdział naszej historii. "Przejście jest trudne - mówiłem w tym samym przemówieniu - ale nie musi powodować wstrząsów. Przeciwnie - będzie drogą do normalności. Zasadę walki, która prędzej czy później prowadzi do wyeliminowania przeciwnika, musi zastąpić zasada partnerstwa. Nie przejdziemy inaczej od systemu totalitarnego do demokratycznego". W tym stwierdzeniu, jak i w całym przemówieniu, a także w późniejszym exposé z 12 września, zawarta jest pewna filozofia polityczna przejścia od PRL do wolności i niepodległości. Łączy ona w sobie elementy polityczne i moralne. Ich spoiwo stanowi zaoferowanie demokracji wszystkim. I to zaoferowanie tak rozumiane, że nie jest to zabieg taktyczny, który w sprzyjającej chwili, gdy przyjdzie czas rozliczeń za przeszłość, zostanie zmieniony, lecz fundament nowego porządku. Chodziło o rewolucję pokojową, a nie o rewolucję tout court , w której zwycięzcy spychają pokonanych do takiej pozycji, jaką im samym stwarzały dawne warunki: obywateli drugiej kategorii. Bardzo płytko patrzą na to ci, którzy sądzą, że była to lina ratunkowa rzucona członkom aparatu partyjnego czy wynik jakichś zobowiązań podjętych przy Okrągłym Stole. Nie doceniają oni tego, że w wielkich chwilach historycznych liczyć się muszą także zasady głębsze, które bardziej niż cokolwiek innego odróżniają czas przyszły od czasu przeszłego. Nie o ratowanie aparatu partyjnego chodziło, lecz o to, czy dwa i pół miliona członków PZPR i parę setek tysięcy innych ludzi związanych z dawnym systemem - co wraz z rodzinami stanowiło niemałą część narodu - zrozumie, że także oni objęci są perspektywą demokratycznej przemiany. Politycznie biorąc, perspektywa przeciwna, perspektywa wykluczenia i odwetu albo zostawienia sprawy niejasnej, jak i co będzie, groziła uruchomieniem wewnętrznego konfliktu, rodzaju wojny domowej, do rozpalenia której iskry by nie zabrakło. Ahistoryczne widzenie tamtego czasu w świetle ostatecznego upadku komunizmu jest rodzajem ślepoty politycznej i zwykłą manipulacją ludzkimi umysłami i uczuciami. Obóz komunistyczny istniał naokoło nas. W samej Polsce stacjonowały wojska radzieckie. Siły dawnej władzy były osłabione wstrząsem moralnym wyborów, ale bynajmniej nie zdezorganizowane. Dysponowały wojskiem, milicją, aparatem partyjnym, służbami specjalnymi. Nietrudno sobie wyobrazić, co mogłoby się stać, możliwość rzucenia iskry zapalnej jeszcze istniała. Mieliśmy za sobą doświadczenia Węgier w 1956 r., Praskiej Wiosny w 1968, a także doświadczenie stanu wojennego. Ale nie sama obawa o powtórzenie się podobnych doświadczeń, lecz mocna wola, że tym razem musi się nam udać i że udać się może, nakazywały szukać takiej drogi, która przyniesie trwałe zwycięstwo, a nie całopalenie dobrze znane z naszej historii. Zawsze w takich sytuacjach ważne jest pytanie: na ile wolno ryzykować narodem i na ile naród może sam ryzykować? Nie było zresztą w Polsce wtedy nastroju, który uruchamiałby odwet. Żywa była tradycja pokojowej walki "Solidarności", jej etosu. Żywe było nauczanie Jana Pawła II, jego wiara w pokojowe przemiany i wartość dialogu. A także w perspektywę pojednania w narodzie, który nie ze swej woli włączony został w jałtański podział świata, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla różnych biografii ludzi. Wreszcie, tylko pokojowe i pozbawione wewnętrznych zaburzeń przejście do nowej sytuacji dawało Polsce miejsce ważne wśród narodów Europy i świata w okresie ówczesnego kształtowania się nowych relacji Wschód - Zachód. Polska, w której by szło ku załamaniu pokojowo prowadzonego procesu przemian, otoczona byłaby jedynie bezradnym współczuciem. Jesień Ludów odsunęłaby się na długo, a pucz Janajewa w Moskwie, który miał położyć kres pierestrojce Gorbaczowa, mógłby wydarzyć się dwa lata czy rok wcześniej, i to z groźniejszym skutkiem. Polska natomiast, której się ten proces powiedzie, dawała impuls do zmian w innych krajach obozu i zyskiwała polityczny szacunek i znaczenie.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej