Czas okupacji: Nie zobaczy pani syna

Krzysztof Kozłowski: Nie było łatwo. Nie było przyjemnie. Z jednej strony mordercze kontyngenty, z drugiej zaś ciągłe rabunki. Każdy, kto miał broń, a broni było sporo, przychodził do dworu, najczęściej nocą, domagając się pieniędzy, przydziałowej wódki, bardzo wtedy cenionych skór, jedzenia.

Michał Komar: Kto?

- Po pierwsze - bandyci. Po drugie - bandyci podszywający się pod partyzantów. Po trzecie - partyzanci z Armii Krajowej. Po czwarte - partyzanci z Gwardii Ludowej, która potem przekształciła się w Armię Ludową. Działali podobnie. Od prośby wspartej widokiem pistoletu wystającego zza paska, przez strzelanie w sufit, aż do jawnych aktów przemocy.

Szybko rosła liczba grup bandyckich, do których zaczęły upodabniać się oddziały powstałe z pobudek ideowych. Wojna i okupacja demoralizują. Najpierw podział jest prosty: tu nasi, szlachetni i ofiarni, tam zaś wróg, potem, aby utrzymać się jakoś przy życiu, wszyscy strzelają do wszystkich.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej