Dopóki żyjemy, brakuje nam sensu. Śmierć dokonuje błyskawicznego montażu naszego życia, czyli wybiera jego najbardziej znaczące momenty. Tylko dzięki śmierci życie pozwala nam się wyrazić

Pier Paolo Pasolini



Dopiero co wrócił z Paryża. Francuzom, czekającym na premierę jego najnowszego filmu "Salo, czyli 120 dni Sodomy", powiedział na pożegnanie: "Myślę, że wywoływać skandal to prawo, być jego ofiarą to przyjemność, a kto unika tej przyjemności, jest moralistą. Sam złożyłem właśnie dwie skromne propozycje, w stylu Swifta: pożreć nauczycieli szkół obowiązkowych i szefów włoskiej telewizji...".

Jest sobota, 1 listopada 1975 r. ?Wstaje późno, jak zawsze - relacjonuje jego kuzyn. - Je w domu z matką, z Graziellą i Nico Naldinimi [członkami rodziny - J.M.]. Potem pojawiają się Laura Betti i Ninetto Davoli [aktorzy, najbliżsi przyjaciele Pasoliniego]. O czwartej przychodzi Furio Colombo [redaktor naczelny dziennika ?l'Unita?, organu Włoskiej Partii Komunistycznej]. Będzie przeprowadzał z nim wywiad, potrwa to do szóstej. Tytuł zaproponuje sam Pasolini: ?Wszyscy jesteśmy zagrożeni ??.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej