Kiedy jechałam do Serbii na początku maja, byłam przekonana, że wszyscy będą mnie pytać o rozszerzenie Unii Europejskiej. W sąsiedniej Chorwacji widoczna była nerwowość, z jaką jej mieszkańcy przyjmowali polityczny i cywilizacyjny awans Słowenii wchodzącej kiedyś w skład tej samej titowskiej Jugosławii, o której tak bardzo chcieliby zapomnieć. Kilka tygodni później, już uspokojeni, świętowali na ulicach Zagrzebia rozpoczęcie własnych negocjacji akcesyjnych - symboliczne zakończenie dekady, która przyniosła im niepodległość, ale też krwawą wojnę, wybuch nacjonalizmów i gospodarczy dołek.

Wlokący się długo po żyznej, ale monotonnej Równinie Panońskiej pociąg do Belgradu zawiózł mnie do innego świata. Nie chodziło tylko o to, że po kolorowym, zamożnym, austro-węgierskim Zagrzebiu, gdzie energia władz miejskich koncentruje się na urządzaniu kolejnych kwietników, Belgrad - chaotyczny, przyszarzały i zapuszczony jak staruszek popadający w abnegację - robił przygnębiające wrażenie. - Rozszerzenie Unii? - uśmiechali się z pobłażaniem serbscy przyjaciele. - Tutaj mało kto je zauważył.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej