W Wałbrzychu słońce chowa się za chmurami. W Suwałkach jest gęsta mgła. W Słupsku pada deszcz ze śniegiem. W Płocku wieje tak, że zwiało barwy z elewacji kościoła i świątynia ma kolor styczniowego nieba. Częstochowa pogrąża się w mroku. W Skierniewicach rdzewieją porzucone rowery.

Być może byłoby trochę weselej, gdyby Filip Springer wybrał się w podróż po kraju wiosną albo w lecie. Ale wtedy słońce mogłoby prześwietlić kadry, które z tej podróży przywiózł. Jesienny półmrok je wyostrza. "Miasto Archipelag" to smutna książka. Smutna i bardzo ważna. Opowiada w ramach dużego dokumentalnego przedsięwzięcia, które na co dzień dzieje się w internecie, o 31 miastach, które w 1975 roku nagle stały się wojewódzkie, a w 1999 wojewódzkość utraciły. Nie jest, i to dla czytelnika dobrze, leksykonem reformy - Springer nie zamęcza liczbami, nazwiskami, partyjnymi animozjami, w ogóle nie zamęcza. Opowiada. O wizjonerze architektury z Tarnowa. O antykwariuszu z Leszna, który kolekcjonuje czas. O kamiennej ławie w Legnicy. O "studni nieszczęścia", która pod koniec XIX wieku podtopiła Piłę. I o wodniakach z Płocka, którzy najlepiej mieli się w latach 30. XX wieku.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej