Siedzimy nad siatką godzin. To znaczy, Marta siedzi, a ja zaglądam przez ramię. Siatka godzin to na razie jedyna poszlaka. Tylko z siatki można wyczytać, co w przyszłym roku planuje Ministerstwo Edukacji. Marta ma dodatkowy powód do obaw. Uczy w szkole.

- Obcięli plastykę? - pytam.

- Obcięli.

- Nie martw się - mówię. - Jak cię wywalą, będziemy robić papierowe kwiaty. Możemy je sprzedawać na ulicy.

Projekty, programy, przemówienia wygłaszane na niebieskim tle wśród flag i ekranów. Rząd właśnie skrócił obowiązek szkolny. Będzie osiem lat zamiast dziewięciu. Trudno się dziwić, jeśli przy okazji skubną trochę plastyki.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Ani żałować lasów, gdy płoną wsie. Ani wsi - i tak dalej. Ciekawe, że najczęściej pouczają nas o tym piromani.

Nie da się ukryć, zajęcia artystyczne to był zawsze margines polskiej edukacji. 255 godzin podzielonych między podstawówkę i gimnazjum. W szkołach Skandynawii poświęca się sztuce cztery razy więcej czasu. W Liechtensteinie dziewięć razy więcej. Gdy ktoś znowu rzewnie zapyta: "Dlaczego u nas jest tak brzydko?", można przypomnieć tę statystykę.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej