Z Fransem Timmermansem spotykam się w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. 55-letni polityk holenderskiej Partii Pracy, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej (a według znawców Brukseli jej faktyczny spiritus movens), jest w dość bojowym nastroju. Dzień wcześniej, podczas otwarcia sopockiego EFNI, Europejskiego Forum Nowych Idei, jego przemówienie zrobiło piorunujące wrażenie. Mówił bez ogródek, że zjednoczoną Europę trzeba ratować, że powrót do epoki nacjonalizmów może ją rozsadzić. Niewielu polityków ośmiela się snuć takie czarne wizje.

Timmermans spotkał się z Lechem Wałęsą. Dla polityków z Zachodu Wałęsa to symbol i autorytet. Holenderski polityk rozmawiał z nim o tym, co się dzieje Polsce.

Bruksela w obronie polskiego Trybunału Konstytucyjnego po raz pierwszy w historii wszczęła tzw. procedurę praworządności. Jeśli rząd PiS się nie ugnie, Polsce teoretycznie grożą sankcje. Dlatego Timmermansa, który jest motorem tych działań, politycy PiS nienawidzą. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zarzucał mu, że próbuje wywierać naciski na niezależne państwo. Szef MSZ Witold Waszczykowski twierdził, że nie wie, kiedy Timmermans mówi prawdę, a kiedy kłamie. Premier Beata Szydło sugerowała, że atakuje rząd PiS, bo dostał order od Bronisława Komorowskiego.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej