ANDRZEJ BRZEZIECKI: Długie miesiące przed premierą "Wołynia" i w Polsce, i na Ukrainie martwiono się, jak ten film wpłynie na nasze stosunki. To jak wpłynie?

GRZEGORZ MOTYKA: Sam jestem ciekaw, jak zareaguje na niego opinia publiczna. Oczywiście domyślam się, że na Ukrainie zostanie przyjęty krytycznie. Tamtejsze elity są głęboko przekonane, że między tym, co spotkało Polaków i Ukraińców, istniała symetria. Mówiąc brutalnie: dla strony ukraińskiej film, który by prawdziwie odzwierciedlał historię, musiałby być czymś w rodzaju "Django" Quentina Tarantino, z upowcami jako mszczącymi się niewolnikami.

Tadeusz Sobolewski o "Wołyniu": Wielki film. Zło jak namalowane.



Pan w "Wołyniu '43" pisze, że zagrożeniem dla stosunków z Ukrainą nie jest Smarzowski, ale przemilczanie sprawy przez Ukraińców.

- Dla tych, którzy chcą, by Polacy i Ukraińcy się wiecznie kłócili, jest lepiej, kiedy sprawa Wołynia pozostaje niezałatwiona. Tymczasem zwykle nagłośnienie problemu przez popularny film przymusza polityków do podjęcia wysiłku rozwiązania istniejącego konfliktu pamięci. Dlatego nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że lepiej, by "Wołynia" nie było. Słyszałem opinię, że Smarzowski, jeśli już chce kręcić o ludobójstwie, to mógłby zrobić film o Rwandzie. To tak jakby powiedzieć, że Pasikowski zamiast "Pokłosia" powinien nakręcić obraz o wydaniu Anne Frank.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej