To zdanie austriackiego pisarza Roberta Menassego z jego eseju o europejskości i jej przeciwnikach ("Demokracja nie musi być narodowa"). Ludziom, którzy nigdy nie słyszeli (albo słyszeli, lecz zapomnieli) o europejskiej idei pokoju, która zrodziła się po wojnie i próbowała zwalczyć nacjonalizmy, zwolennicy integracji europejskiej mogą się wydawać szaleńcami. Dla mnie jednak szaleńcami są właśnie oni - tańczą w rytm wojennych bębnów, na których dźwięk ja zatykam sobie uszy.

Podobna zasada głuchoty i zapomnienia panuje w Europe Środkowej. Wydaje się, że dla większości społeczeństwa ci, którzy wciąż jeszcze wierzą w ideały 1989 r., to szaleńcy. A ja patrzę na tę większość ze zdumieniem: na moich oczach w Europie Środkowej dokonuje się demokratyczna kontrrewolucja.

Tak, jest ona demokratyczna, bo ludzie swobodnie - w myśl muzyki, którą słyszą - wybierają: na Węgrzech Orbána, w Polsce Kaczyńskiego, na Słowacji Ficę, a według ostatnich sondaży w Czechach wybraliby oligarchę Babisa.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej