W zwycięstwie PiS w zeszłym roku było wiele przypadku. Wystarczyłoby, żeby Zjednoczona Lewica startowała jako partia, nie koalicja, a polityczny krajobraz wyglądałby zupełnie inaczej. Przypadki często jednak zmieniają rzeczywistość w sposób trwały i głęboki. Tak jest i z krajobrazem politycznym w Polsce po 2015 roku. Wahadło nie tylko wychyliło się wtedy mocno w prawo, ale też po drodze zdewastowało centrum sceny politycznej.

Dlatego nie ma co liczyć na to, że gdy PiS zacznie się zużywać i tracić poparcie, wahadło wróci na to samo miejsce. Tego miejsca już nie ma - trzeba je zbudować i wymyślić na nowo.

Gdzie to centrum

Okres rządów PO wydawał się erą, w której polityczne centrum - ostrożne, konserwatywne - zajęło całą scenę polityczną. Zwłaszcza dopóki kierował nim Donald Tusk, było w stanie zmarginalizować lewicę oraz prawicę i skutecznie kooptować graczy z obu stron sceny politycznej. Kierownictwo PO budowało przy tym hegemonię swej partii zdecydowanie bardziej "od góry" niż "od dołu". Opierała się na porozumieniach z segmentami klasy politycznej, ważnymi aktorami trzeciego sektora, liderami samorządu, sprzyjał jej też pokój z największymi mediami. Kierownicze gremia rządzącego obozu w mniejszym stopniu martwiły się o to, by utrzymujący ich władzę centrowy konsensus autentycznie zakorzenił się "u dołu", by opierał się na silniejszych emocjach niż poczucie braku lepszej alternatywy.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej