Agnieszka Kublik: A trup jaki wydaje zapach?

Marek Krajewski: Zawsze mnie to nurtowało. Jaką woń wydzielają ludzkie zwłoki?

Zapytałem kiedyś szwagra, który był prokuratorem: - Jak śmierdzi trup?

Szwagier: - Mdły zapach.

A przecież "mdły" to nic nie znaczy. Zapytałem więc kolegę, emerytowanego policjanta: - Jurek, jak śmierdzi trup?

Ten to samo: - Mdły zapach.

No więc sam powąchałem trupa, a właściwie trupy. I wiem, do czego ten smród porównać. Ale darujmy sobie to porównanie tutaj...

Nie, czytelnicy by nam tego nie darowali.

- To mieszanina woni gazów ludzkich z przypaloną marchwią. Bardzo nieprzyjemna.

Inaczej pachnie trup człowieka, który umarł z przyczyn naturalnych, a inaczej ofiary morderstwa?

- Nie ma znaczenia rodzaj śmierci. Ale może, jak przeczyta ten wywiad mój kolega Kawecki, to złapie się za głowę i powie, że niczego nie zapamiętałem z naszych wielogodzinnych rozmów.

To ile trupów pan wąchał?

- Nie byłem częstym gościem prosektorium, może z pięć-sześć razy. Chciałem zobaczyć, jak np. wygląda kolor ludzkiego tłuszczu.

I jak?

- Pomarańczowy jest u starszych osób. Bo u młodych osób, powiedzmy, żółty, jest to odcień nieco jaśniejszy.

A skóra?

- Widziałem człowieka, który uległ poparzeniu i biegł przez jego ciało taki ślad... Zapomniałem, jak się dokładnie nazywa taka smuga. Nie wiem, czy o tym mówić, to dość makabryczne.

Zachęcam...

- Skóra tego człowieka była zielona, a skóry osób poparzonych są często czarne.

Skóra trupa upiorne robi wrażenie, taka marmurkowata, zimna, sina często.

Śledziona, mięśnie, wątroba, trzustka, mózg. Wszystko obejrzałem. Nie wiedziałem, że mózg jest w takiej osłonce, to są opony mózgowe. Miałem cel poznawczy, zobaczyć, jak wygląda człowiek, żeby wszystko wiarygodnie opisywać.


Marek Krajewski

Pierwsza sekcja zwłok. Pamięta pan?

- O tak! Pamiętam dobrze ten zimowy poranek roku 2004, 4 stycznia to było.

Data jest istotna o tyle, że laboranci po Nowym Roku wzięli sobie wolne, i to ja spełniałem funkcję asystenta doktora Kaweckiego. Zapisywałem wymiary śledziony, wątroby. Różnych narządów. To było wstrząsające, ale też bardzo ożywcze, powiedziałbym, poznawczo. Kiedy wracałem z tej sekcji zwłok, zastanawiałem się nad kruchością ludzkiego istnienia. I co ciekawe, wtedy się zdarzył przedziwny zbieg okoliczności. Kupiłem "Przekrój", żeby się nie nudzić w autobusie. Znalazłem tam notkę o pewnej pani, warszawskiej radnej, która za cel postawiła sobie organizację sygnalizacji świetlnej na jednym ze skrzyżowań. Dopięła swego, po czym zginęła. Na tym skrzyżowaniu została potrącona. I wtedy wymyśliłem fabułę powieści, której nigdy nie zrealizowałem. Gdzieś leży szkic.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej