Ukazał się równo pół wieku temu, 5 sierpnia 1966 roku. I odtąd nic nie było takie jak przedtem. Był siódmym albumem Beatlesów, ale każdy, kto choć pobieżnie zapozna się z ich dorobkiem - prawie dziesięć godzin słuchania - zauważy od razu, że można go podzielić na dwa okresy: przed nim i po nim. Niczego nie ujmując wczesnym płytom czwórki z Liverpoolu, to właśnie ten drugi okres sprawia, że nazwę The Beatles wymawiamy jednym tchem z nazwiskami Chaplina czy Picassa.

***

"Revolver" wyszedł cztery miesiące po "Aftermath", czwartym albumie The Rolling Stones, który wraz z singlem "Paint It Black" ostatecznie ugruntował pozycję Stonesów jako równorzędnych rywali Beatlesów. Ci, oczywiście, czuli na karku oddech Micka Jaggera i Keitha Richardsa i przez chwilę rozważali nawet, czy swojej nowej płyty nie zatytułować przekornie "After Geography" . Przyjęty ostatecznie tytuł "Revolver" nawiązywał nie tylko do tego, że album miał być "wystrzałowy", ale i do prostego spostrzeżenia, że płyta się obraca - revolves - na tarczy gramofonu.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej