W końcu 2014 r. Mateusz Morawiecki, wówczas prezes banku BZ WBK należącego do hiszpańskiej grupy Santander, zaskoczył członków zarządu, przesyłając im mailem autorski tekst "Renta neokolonialna, czyli ile jeszcze Polak zapłaci". Była to czysta publicystyka, niespotykana w kontaktach między menedżerami korporacji.

"Polskie spory o wydatki na służbę zdrowia, edukację czy wojsko są śmiesznie groszowe na tle problemu notorycznie nieanalizowanego i niedyskutowanego, jakim jest drenaż kraju z kapitału przez zagraniczne firmy - pisał. - Tylko w zeszłym roku wyniósł on blisko 82 mld zł, równowartość 5 proc. PKB (...). Gdyby nie ten gigantyczny wypływ pieniędzy, Polska rozwijałaby się w zeszłym roku w oszałamiającym tempie 6,6 proc. PKB, a każdy z nas miałby w kieszeni średnio o 2126 zł więcej (...). Te horrendalne sumy są niczym innym jak, że pozwolę sobie na pewną innowację pojęciową, rentą neokolonialną. Skutkiem grabieżczej prywatyzacji, przypominającej jako żywo łupienie indiańskich miast ze złota przez europejskich konkwistadorów, w trakcie której najlepsze polskie firmy sprzedano za bezcen lub łaskawie pozwolono zniszczyć w nierównej konkurencji (...). Coroczna wielomiliardowa renta kolonialna to banalny los każdej współczesnej peryferii (...). Gdzie analizy na ten temat autorstwa czołowych polskich ekonomistów, w tonie wszechwiedzących mędrców perorujących o dokańczaniu prywatyzacji i doganianiu krajów najwyżej rozwiniętych? Dlaczego milczą w tej sprawie bohaterscy tropiciele niedostatków wolnego rynku : prof. Leszek Balcerowicz, prof. Witold Orłowski, Waldemar Kuczyński oraz ich świadomi i nieświadomi naśladowcy z większych i mniejszych środowisk i ośrodków?".
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej