Lata temu z wypiekami na buzi pochłonęłam kuchenne sekrety Anthony'ego Bourdaina (w Polsce wydane jako "Kill grill. Kuchnia od kuchni"), który w soczysty i diabelsko ostry sposób opisał funkcjonowanie gastronomii.

W pamięć zapadły mi rady Anthony'ego, by nie zamawiać ryb w poniedziałki, albo by sceptycznie podchodzić do niedzielnych brunchów. Czytając ją, słyszałam brzękanie rózg, latające w powietrzu "fuck" i syk skwierczącego na grillu mięsa, czułam woń petów, oparów demi-glace'a i bourbona.

Na chłopski rozum i żołądek taka lektura powinna do odwiedzania knajp zniechęcić, lecz w moim przypadku - i chyba nie tylko moim - tak się nie stało. Ale zaczęłam chodzić do restauracji mądrzej.

Teraz mamy taką książkę w wersji rodzimej. Kamil Sadkowski, weteran gastrobiznesu (był i dostawcą, i kucharzem, a obecnie jest szefem Akademii Kulinarnej) wspólnie z Jakubem Milszewskim, dziennikarzem z zawodu, knajpianym bywalcem z pasji, napisali "Gastrobandę", przedstawiającą - wzorem tego, co kiedyś uczynił Anthony Bourdain - branżę kulinarną bez przybrania i panierki: od kelnerskich machlojek, przez food cost i opisanie kuchennych stanowisk, po ekstremalne przypadki serwowania kota w roli zająca.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej