Djene Rhys Bajalan - historyk, pracuje na Uniwersytecie Amerykańskim w kurdyjskim mieście As-Sulajmanijja. Kształcił się na London School of Economics i Oksfordzie, zajmuje się historią polityczną imperium osmańskiego, nacjonalizmem i dziejami Kurdów

Równo sto lat temu Sykes i Picot wysuszyli atrament na umowie, w której Londyn i Paryż podzieliły się chylącym się ku upadkowi imperium osmańskim. Na jego gruzach powstały Syria i Irak. Dziś te państwa leżą w gruzach, a Daesz, czyli Państwo Islamskie, ogłasza ostateczne pogrzebanie porządku narzuconego przez krzyżowców.

Djene Rhys Bajalan: Dla porządku - umowa Sykes-Picot wyznaczyła strefy wpływów na Bliskim Wschodzie, a konkretne granice nakreślono już po I wojnie światowej. Ale to właśnie ona stała się symbolem imperialnej arogancji dzielącej ludzi i społeczeństwa bez ich zgody.

Może się wydawać i dżihadystom, i nam, że kładą kres temu projektowi, ale granice mają tendencję do powracania. Wtedy podzieliły ludzi, ale ostatnie trzy, cztery pokolenia już nauczyły się w nich żyć, a odseparowane w różnych państwach społeczności rozwijały się każda po swojemu. Znacie to z własnej historii - w ciągu 123 lat zabór austriacki, pruski i rosyjski poszły zupełnie innymi drogami.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej