Rzeka, plaża, las oddzielający nas od gwarnego hotelu. Tuż nad brzegiem, z kratownicy wspartej na metalowych słupkach, zwisają spętane sznurkami kadłubki kaczek. Pod spodem palenisko, co rusz syczące i tryskające iskrami od kropli spadającego nań rozgrzanego tłuszczu. Widok, którego pewnie prędzej spodziewalibyśmy się w awangardowej galerii sztuki aniżeli na ekskluzywnej kolacji. Ale właśnie za sprawą tej metody miała powstać canard a la ficelle, czyli "kaczka ze sznurka".

Obok podczepione na haczykach, lekko już osmalone pstrągi, wędzące się w zimnym dymie, wielka, umocowana nad ogniskiem blacha, na której czekały patelnie z morelami do karmelizacji. Dyndający na trzech łańcuchach żeliwny kociołek z bulgoczącym wywarem i wychylającymi się ponad powierzchnię kulami pomidorów i gałązkami ziół. I wreszcie las patyków, których końcówki omotano paskami ciasta - z nich zaraz powstaną snobrody, czyli szwedzkie chlebki pieczone na patyku. Ktoś podchodzi do grilla, ktoś rozgarnia zwęglone szczapy buczyny.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej