Miałem niecałe 12 lat - brakowało mi tygodnia do urodzin - kiedy zostałem pasowany na wroga. 6 - a może 7? - czerwca 1967 r. przyszedłem jak co dzień do mojej szkoły na ulicy Spartańskiej w Warszawie. Zmieniłem buty na kapcie i z tornistrem na plecach zmierzałem do pracowni robót ręcznych, kiedy nagle kłębiące się bezładnie na korytarzu tabuny uczniów ze wszystkich klas tu i ówdzie się przerzedziły, gdzie indziej zgęstniały - i oto szedłem zupełnie sam, a naprzeciwko mnie stała grupa moich kolegów z klasy.

Nie widziałem w tym nic niepokojącego - zbierają się, to się zbierają - widocznie mają jakiś powód. To przecież moi koledzy. Może nie ci najbliżsi, ale koledzy. Owszem, teraz patrzyli na mnie jakoś niemiło, jakby z ukosa, ale dopiero kiedy nagle wyskoczył spomiędzy nich drugoroczny Ż. - ulubieniec wuefisty, niewiarygodnie sprawny fizycznie, chociaż poza tym kompletny tuman - więc dopiero kiedy Ż. wyskoczył spomiędzy nich, jednym sprężystym susem dopadł do mnie i huknął mnie pięścią w przednie zęby, rozcinając mi wargę, zdałem sobie sprawę, że dzieje się coś niedobrego.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej