Dopiero od jakichś 30 lat rozumiemy lepiej, jak poważne i przewlekłe mogą być skutki psychiczne traumy związanej z zagrożeniem życia i konfrontacją ze śmiercią. W 1980 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wprowadziło do trzeciej edycji podręcznika klasyfikacji i diagnozy zaburzeń psychicznych (DSM-III) nową jednostkę chorobową: zaburzenie po stresie traumatycznym (Posttraumatic stress disorder - PTSD). Określono nim zespół objawów obejmujących "odtwarzanie" traumy (m.in. wdzierające się wspomnienia, także w snach), unikanie (myśli, rozmów, sytuacji kojarzących się z traumą) i objawy nasilonego pobudzenia (m.in. niemożność skupienia się, problemy ze snem, drażliwość i wybuchy gniewu).

Objawy te zaobserwowano wcześniej zarówno u części weteranów wojny w Wietnamie, Żydów ocalałych z Holocaustu, ofiar gwałtu, jak i osób dotkniętych powodzią. Uznano zatem, że ich źródłem jest sytuacja traumatyczna, określona wtedy jako katastroficzny stresor wykraczający poza zakres normalnego ludzkiego doświadczenia.

Był to przewrót w myśleniu, bo dotąd uznawano, że za objawy psychiatryczne występujące np. na froncie wojennym odpowiada m.in. "wrodzona słabość jednostki", czego ślady widać choćby w "Dobrym wojaku Szwejku" Haška. Są tu opisy traktowania takich osób jako "pozbawionych siły woli"; leczono je zawijaniem w zimne prześcieradła i lewatywą.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej