Socjolog i kulturoznawca, pracuje w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykłada na Uniwersytecie w Sao Paulo. Jest członkiem Rady Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki oraz Komitetu Nauk o Kulturze PAN. Autor m.in. książek "Fantomowe ciało króla" oraz "Inna Rzeczpospolita jest możliwa".

Tak silnego ożywienia społeczeństwa obywatelskiego nie było w Polsce od lat 80. Byłoby się z czego cieszyć, zwłaszcza że ocknęła się klasa średnia, dotąd bierna. Jednak przy bliższej analizie sytuacja nie wygląda tak różowo. Ta mobilizacja nosi sporo cech tzw. paniki moralnej.

Szklanka do połowy pełna. Bez wolności nie będzie równości


***
Jak dotąd tego typu artykulacje - np. histeria wokół sekt, dopalaczy czy obsesyjna walka z "zagrożeniem dżenderyzmu" - były bardziej popularne wśród klas ludowych. KOD jest natomiast, również w opinii jego zwolenników, ruchem skupiającym społeczną elitę i wyższą klasę średnią (nie tylko, ale jednak w istotnym stopniu, co właśnie stanowi jego novum). I ją właśnie dopadła panika moralna: obsesyjny wręcz nacisk na jedność i konsensus (stąd ataki na "stojącą z boku" Partię Razem), kluczowa rola tzw. przedsiębiorców moralnych w kształtowaniu opinii społecznej (rolę tę odgrywają dziennikarze liberalnych mediów, wśród których trzeźwe głosy, jak na przykład teksty Grzegorza Sroczyńskiego na łamach "Wyborczej", należą niestety do rzadkości), przekonanie, że zagrożone są fundamenty społeczeństwa, moralny imperatyw natychmiastowej reakcji na radykalne zło zastępujący analizę systemową czy też częste odwołania do argumentacji poprzez ekstrapolację zgodnie ze wzorem: "PiS zaraz zrobi nam drugi Iran, znacjonalizuje w jedną noc media prywatne, wyprowadzi Polskę z UE".
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej