W mieście na granicy po zmierzchu nikt nie spaceruje. Nawet w dzień jest pusto. Na ulicach tylko tanie poobijane samochody. Trzeba tu mieć samochód. Nawet stary i poobijany.

Bo do miasta na granicy trudno skądkolwiek przyjechać i trudno z niego dokądkolwiek wyjechać. Zresztą jeździć po samym mieście też trudno. Autobusów nie ma, bo PKS zbankrutował, a dworzec autobusowy zburzono.

Po zniszczonych torach kursuje tylko rozkołysany szynobus. Trzy razy na dobę, znikąd donikąd.

W ruinach zabytkowego dworca kolejowego dzieci wąchają rozpuszczalnik.

W śródmieściu zostały jeszcze dwa spożywcze. W Społem i Żabce można nabyć zupki błyskawiczne, mrożoną pizzę i wódkę.

Jest jeszcze bar, w którym robotnicy, jeśli nie gustują w mrożonej pizzy, kupują obiady. Menu podług portfela: kapuśniak i gulasz z kurzych serc, krupnik i wątróbka, rosół, flaki, bigos, żurek...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.