*Thomas Ferguson - ur. w 1949 r., politolog z Uniwersytetu Massachusetts w Bostonie. Autor inwestycyjnej teorii rywalizacji politycznej, która zakłada, że programy partii - a co za tym idzie, polityka rządu - są wypadkową inwestycji dokonanych na rzecz partii przez różne grupy interesu: firm, ale też związków czy organizacji społecznych.

MACIEJ JARKOWIEC: Pan głosuje?

THOMAS FERGUSON: Trudno zwalczyć nałóg.

Przecież zgodnie z pana teorią chodzenie na wybory nie ma większego sensu.

- Ostrożnie. Obie partie są napędzane przez pieniądze od wielkiego biznesu, ale jednak nie są identyczne. Weźmy najważniejsze kwestie - prawdopodobieństwo amerykańskiej interwencji na Bliskim Wschodzie wzrośnie, jeśli wybierzemy republikanina. Zmaleją za to wydatki państwa i podatki dla najbogatszych.

Mój pogląd jest krytyką klasycznej teorii liberalnej demokracji według Milla i Locke'a. Głosowanie ma sens, ale w o wiele mniejszym stopniu, niż się ludziom wydaje. Żeby zwiększać kontrolę nad państwem, obywatele muszą nie tylko głosować, lecz także poświęcać własny czas i pieniądze. Organizować się. Wyborcy niezorganizowani padają ofiarą manipulacji. Zaczynają dominować formacje wielkiego kapitału.

To jaka dominująca siła ekonomiczna stoi dziś za amerykańską polityką?

- Tradycyjnie najważniejszy dla Republikanów jest przemysł naftowy. Ta branża rozwija się dynamicznie dzięki ropie z łupków. Pojawiło się wielu nowych producentów, boom trwa w Teksasie, w południowej i północnej Dakocie, w Ohio, w Pensylwanii. Nafciarzy interesują przede wszystkim kwestie podatków i polityki ochrony środowiska. W bieżących wyborach o ich głosy zabiega Teksańczyk Ted Cruz. To on najbardziej zagraża Donaldowi Trumpowi w wyścigu po nominację.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej