Najpierw był ulubiony brelok z Waszyngtonu. Potem bluza z reniferem, którą chciałam włożyć na mikołajkową kolację ze znajomymi. Na inne okazje się nie nadaje, więc kiedy znalazłam ją dwa dni później na półce z letnimi sukienkami, zezłościłam się. Czarę goryczy przelał dowód rejestracyjny - tak samo jak brelok czy bluza (i renifer) po prostu przepadł. Urzędnicy miejscy właśnie wyrabiają mi nowy (cena: 75 zł), ale idę o zakład, że dowód odnajdzie się za kilka tygodni w miejscu najmniej oczekiwanym.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej