Najpierw był ulubiony brelok z Waszyngtonu. Potem bluza z reniferem, którą chciałam włożyć na mikołajkową kolację ze znajomymi. Na inne okazje się nie nadaje, więc kiedy znalazłam ją dwa dni później na półce z letnimi sukienkami, zezłościłam się. Czarę goryczy przelał dowód rejestracyjny - tak samo jak brelok czy bluza (i renifer) po prostu przepadł. Urzędnicy miejscy właśnie wyrabiają mi nowy (cena: 75 zł), ale idę o zakład, że dowód odnajdzie się za kilka tygodni w miejscu najmniej oczekiwanym. Zupełnie jak paszport, który zaginął mi kilka lat temu. Znalazłam go podczas przeprowadzki, za biurkiem. Oczywiście miałam już nowy (koszt: 150 zł).

Nie jestem ani 45-letnim mężczyzną, ani pracownikiem korporacji, a podobno to oni mają największy bałagan na biurkach. Poszukiwania dokumentów zajmują im półtora dnia w roku! A jednak zbyt często gubię rzeczy. Za ciasno jest u mnie w szafie i zbyt wiele papierów zalega na moim biurku. - Musisz coś z tym zrobić - mówi mama, słysząc o zagubionym dowodzie, przemilczała renifera. - Może zaplanujesz świąteczne porządki?
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej