Wieczorem 10 maja 1996 roku rozszalała się śnieżyca, która uwięziła mnie i dziesiątki innych wspinaczy w strefie śmierci najwyższej góry świata. Burza śnieżna zaczęła się jako odległy, głęboki pomruk, a potem raptownie przybrała formę wyjącej białej mgły. Nie widzieliśmy nawet własnych stóp. Prędkość wiatru przekroczyła tej nocy sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Temperatura otoczenia spadła do minus sześćdziesięciu stopni".

W burzy zaginęło ośmiu himalaistów. Gdy niebo się przetarło, ratownikom, himalaistom z wypraw działających na Evereście, udało się odnaleźć kilka ciał. Wśród nich - Becka Weathersa, wziętego patologa z Dallas. Był wtulony w filigranową Japonkę Yasuko Nambę. Zamarzli razem. Ona wcześniej zdobyła szczyt, on nie.

Od dziecka był krótkowidzem, potniejące i zamarzające okulary przeszkadzały mu we wspinaczce, więc półtora roku przed wyprawą zoperował oczy. Lekarze zmienili mu ogniskową, nacinając rogówkę, ale nie przewidzieli, że na tak dużej wysokości rogówka stanie się płaska i gruba, ogniskowa skróci się i człowiek straci wzrok.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej