Ewa Wołkanowska-Kołodziej: Kiedy przestał pan być zwyczajny?

Paweł Krzyworzeka: Cztery lata temu. W ciągu jednego dnia ze zwyczajnego doktora Pawła Krzyworzeki stałem się "laureatem prestiżowej nagrody".

I co?

- Ludzie zaczęli mnie inaczej traktować. Wyjechałem na roczne stypendium do USA. Przed świętami odwiedziłem uniwersytet w Detroit, gdzie odbywało się akurat przyjęcie bożonarodzeniowe. Amerykanie zrobili ze mnie główną atrakcję wieczoru. Przedstawiano mnie mniej więcej tak: "To jest Paweł z Polski, ale tak naprawdę to zdobywca Fulbright Advanced Research Award". Po raz pierwszy w życiu ktoś aż tak mnie słuchał. Czułem, że jestem mądrzejszy, że ludzie bardziej śmieją się z moich dowcipów. Podeszli do mnie studenci i nieśmiało zapytali: "Może po przyjęciu porozmawiasz z nami przy piwie? Teraz wszyscy profesorowie zabiegają o twoją uwagę, więc nie mamy szans". Nigdy nie postrzegałem siebie jako kogoś, kto może być atrakcją dla profesorów z amerykańskiego uniwersytetu.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej