Jak pogodzić wzrost PKB z państwem opiekuńczym? Czy wolny rynek musi oznaczać nierówności? Jak konkurować w globalnej gospodarce, mając wysokie pensje, etaty i miesięczne urlopy? W takich sporach obie strony lubią się powoływać na " model skandynawski". Dla jednych to dowód na to, że rynkowy socjalizm istnieje i działa, dla drugich przykład systemu, który się wyczerpał. " Model skandynawski" - i załatwione, bo przecież każdy mniej więcej wie, o co chodzi.

Mniej więcej. Bo właściwie, na czym polega ten " model skandynawski"?

To pytanie fascynuje mnie od dawna. Kiedyś nawet się zawziąłem, żeby przekopać dostępną literaturę i znaleźć zwięzłą definicję " modelu skandynawskiego".

Spotkało mnie rozczarowanie częste w naukach społecznych - nie ma jednej definicji. Choć samo pojęcie powstało w latach 30., gdy Szwecja i Dania zaczęły wychodzić z kryzysu wyraźnie odmienną drogą od reszty Europy, już w 1962 r. brytyjski politolog Richard Titmuss zauważył, że " model nordycki" oznacza mnóstwo różnych rzeczy, często sprzecznych ze sobą.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej