Krzaczaste brwi, bródka i długie, starannie przyczesane włosy nadawały mu lekko demoniczny wygląd. Potrafił czarować i zjednać sobie każdego. Podobno w latach 90., gdy robił pierwsze interesy w Ministerstwie Skarbu, przynosił urzędniczkom bukiety róż w kolorze sukienek. Miły, uśmiechnięty, ale mówił okrągłymi zdaniami, miał na twarzy maskę. Nie wiedziałem, co naprawdę myśli.

Rozmawiałem z nim 15 lat temu. Miał w Warszawie gabinet, który wyglądał jak salon Desy. W kątach futurystyczne konstrukcje z metalu i pejzaż z targowiskiem na pół ściany ("dzieło nieznanego renesansowego mistrza z północy Włoch").

Gdy niedawno się z nim spotkałem, wszystko zniknęło. Zasłonięte okna, fotel, kanapa i nijaki kolor ścian. Sterylne miejsce do spotkań. Na pierwszy rzut oka było widać, że tu nie pracował. Częściej bywał w Londynie.

***

Pod koniec kwietnia przemknęła informacja, że Jan Kulczyk sprzedał za blisko pół miliarda złotych udziały w Ophir Energy, brytyjskiej spółce szukającej ropy i gazu w Afryce. Mogło to dziwić, bo jeszcze dwa lata temu przekonywał, że Afryka to ziemia obiecana. Ophir miała być jedną z jego najważniejszych inwestycji.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej