Kanclerz Angela Merkel, w oliwkowej marynarce i z kolorystycznie idealnie dopasowanymi kamyczkami pod szyją, odwiedziła szkołę integracyjną w Rostoku (północno-wschodnie Niemcy). Niemieckie media huczą, bo pani kanclerz znalazła się w trudnej sytuacji za sprawą 14-letniej dziewczynki pochodzenia palestyńskiego, która wraz z rodzicami uciekła do Bundesrepubliki z obozu dla uchodźców w Libanie.

Podczas spotkania nienaganną niemczyzną opowiedziała szefowej rządu, że już od czterech lat przebywa w Niemczech, ale jej przyszłość nadal jest niepewna; ostatnio była o włos od odesłania do Libanu, a jej dom, przyjaciele, szkoła są przecież tu, w Rostoku. Bardzo przeżyła groźbę deportacji. Tu chciałaby studiować. Inni mogą sobie robić plany na przyszłość, cieszyć się młodością, a ona, Reem, nie.

Patrzyła na panią Merkel błyszczącymi oczami i nie przestając się uśmiechać, tłumaczyła żarliwie, że gdyby dali jej i jej rodzicom status uchodźców, to mogliby pracować. Tata jest spawaczem, mogliby być w Niemczech przydatni. Zamilkła w napięciu i oczekiwaniu.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej