ALAN MISIEWICZ: Jakie to szczęście, że nie został pan organistą albo perkusistą!

TOMASZ KONIOR: Kto wie, a może to byłaby fascynująca droga? W moim rodzinnym Żywcu są unikalne XVIII-wieczne organy [w konkatedrze Narodzenia NMP]. Zawsze podziwiałem ich kształt i brzmienie. Przesiadywałem w kościele godzinami. Wpatrywałem się w układ sklepień, grę świateł i odkrywałem materiały, z jakich wzniesiono tę budowlę. Zaobserwowałem wtedy symbiozę, w jakiej mogą żyć architektura i muzyka. Marzyłem o grze, jednak na przeszkodzie stanął brak instrumentu w domu. Pozostało słuchanie Jana Sebastiana Bacha i rysowanie. Brat podarował mi książkę "Zarys historii architektury" Edwarda Charytonowa. Odtąd mój czas wypełniały dwie pasje.

Potem przyszedł czas na szkołę średnią.

- Z marzeniami o muzyce nie rozstałem się tak łatwo. Założyliśmy z kolegami zespół rockowy. Potrzebny był perkusista, więc zacząłem ćwiczyć. Tak mnie to wciągnęło, że w pewnym momencie grałem w trzech zespołach naraz, przez co o mały włos nie zdałbym matury. Jednak opamiętanie przyszło w porę i zacząłem poważnie myśleć o przyszłości. Brat powiedział mi wtedy: "Na architekturę dostają się tylko arcyksiążęta", a wychowawca klasy, człowiek zazwyczaj dość surowy i powściągliwy, w decydującej chwili pomógł mi uwierzyć w siebie: "Jeśli naprawdę chcesz być architektem - to nim będziesz".
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej