Polub nas na Facebooku

Katarzyna Kubisiowska: Co myśli i czuje pisarz, który na skutek powikłań po operacji nie może swobodnie mówić?


Jerzy Pilch: Oswaja się powoli ze świadomością nieuchronności. Mimo zapewnień lekarzy, że jest to rzecz niegroźna, przejściowa i właściwie zabawna. Miała trwać kilka dni.

Trwała rok.

- W mojej chorobie - parkinsonie - więcej jest niedopowiedzeń niż dopowiedzeń. Więcej potknięć medycyny niż trafnych wyborów.

Głęboka stymulacja, na którą zdecydowałeś się w kwietniu 2014 r., to zabieg przeprowadzony na mózgu - najbardziej tajemniczej i niezbadanej części ciała.

- Nie mam pojęcia, czy ja, Jerzy Pilch, poddając się temu zabiegowi, przysłużyłem się nauce polskiej. Natomiast mnie ta nauka za dużo nie dała. Po pierwsze, diagnozy dotyczące sposobów leczenia parkinsona ciągną się od lat dziesięciu. Kiedy wkroczyła w nie chirurgia w sposób mocny i widowiskowy, kwestia jest już nieodwracalna. To jednak nie jest wycięcie woreczka, zaszycie przepukliny ani prostowanie palca.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej