Nienazwanym wprost bohaterem tych wyborów jest państwo wraz z polityką społeczną. Państwo, którego nie ma tam, gdzie być powinno, i nazbyt władcze oraz aroganckie w relacjach z ludźmi.

***

W dużej mierze dlatego Bronisław Komorowski, zanim przegrał I turę wyborów, błyskawicznie stracił poparcie z ponad 60 do 33 procent. Był silny, gdy jeszcze przed kampanią wyborczą uosabiał państwo rozważne i spokojne jak jego prezydentura. Gdy jednak wdał się w kampanię niemrawo, długo niemal w niej nie uczestnicząc, co tłumaczył większościowym poparciem oraz tym, że o jego dorobku świadczy cała kadencja, swą nieobecnością zaczął uosabiać nieobecność państwa w społeczeństwie.

Taki przekaz wzmocniła dodatkowo nieobecność rządu i Platformy w kampanii. Pomysł, że Komorowski nie potrzebuje wsparcia obozu rządowego w mobilizacji wyborców, a nawet powinien się od niego dystansować, okazał się fatalny, nie było bowiem komu wiarygodnie mówić o polityce społecznej. Teraz to się zmienia, prezydent wraz z ministrem pracy stworzyli projekt pracy dla młodych. Jednak wcześniej uwagi Komorowskiego o trudnej sytuacji młodszych pokoleń czy o tym, by poprawić reformę emerytalną, spotykały się z milczeniem rządu. Gorzej, pamiętnym wydarzeniem było sabotowanie przez resort finansów prezydenckiego projektu prawa podatkowego, zwłaszcza zapisu wzmacniającego sytuację podatnika wobec fiskusa. Co podważyło sprawczość prezydenta i ukazało państwo jako biurokratyczny twór przeciwny sprawiedliwemu prawu. A przede wszystkim stworzyło wrażenie, że władza nie interesuje się obywatelami.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej