Przeczytałem książkę najzabawniejszą ze wszystkich, jakie znam: "Pierwszą wodę po Kisielu" (Czerwone i Czarne). Syn przesławnego felietonisty "Tygodnika Powszechnego" Jerzy Kisielewski wspomina ojca. Nie kryje entuzjastycznego do niego stosunku; można by powiedzieć, że to apologia. Czyli lektura nudna raczej: bez krytycznego pieprzu żadna potrawa literacka nie da się konsumować dzisiaj. Otóż jest wręcz przeciwnie: rzecz to pasjonująca!

Może jednak tylko dla mnie: jestem bowiem Stefana Kisielewskiego pisarskim synem, mistrz to mój od zawsze. Staram się tak jak on stosować zasadę pseudołacińską: primum non nudere, przede wszystkim nie nudzić. Przyznam się poza tym do czegoś mniej chwalebnego: uwielbiam dowcipy i pieprzne nie gorszą mnie bynajmniej. W druku tego nie widać, na łamach mam być raczej kapłanem. A przecież w piśmie katolickim "Więź", gdzie przepracowałem lat 31, nauczyłem się nie tylko katolicyzmu zwanego otwartym, czyli bez tępej apologetyki, ale i humoru rozmaitego kalibru. Redagowaliśmy tam gazetkę ścienną zatytułowaną "Podwiązka" i taką właśnie nieraz tematycznie: 80 centymetrów nad poziomem podłogi.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej