Na farmę róż nie jest łatwo wejść. Ogromny teren Kongoni River Farm otacza trzymetrowy płot ze stalowej siatki zwieńczony zwojami drutu kolczastego. "Pod napięciem" - ostrzegają tabliczki z rysunkiem słonia. W okolicy elektryczne płoty stawia się, żeby odstraszać dzikie zwierzęta od upraw, ale tutejsi ochroniarze - w mundurach, z psami, uzbrojeni w pistolety maszynowe - strzegą farmy nie tylko przed słoniami.

Za ogrodzeniem widać gigantyczne szklarnie. Jak na tutejsze warunki farma nie jest duża: teren pod szkłem zajmuje tylko 27 hektarów, mniej więcej tyle, co 27 boisk piłkarskich. Są gospodarstwa znacznie większe.

30 kilometrów dalej leży Nanyuki, miasteczko, z którego turyści wyruszają na podbój Mount Kenya. Drugą po Kilimandżaro górę Afryki - 5199 m n.p.m, szczyt w śniegu - otacza wiecznie zielony płaskowyż. Temperatura w dzień nie przekracza 28 stopni, w nocy nie spada poniżej 10, żyzna ziemia, krystaliczne powietrze - klimat idealny. Kiedy Kenia była brytyjska, właśnie tu planowano osadnictwo białych kolonistów.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej