Stoimy w budce startowej, z której kilkudziesięciu straceńców po raz 75. ruszy dziś na trasę najsłynniejszego zjazdu na świecie. Pod nami lodowa ściana, bo śnieg polewają tu wodą.

Zjazd z Koguciego Grzebienia (Hahnenkamm) "Ski Racing Magazine" nazwał tańcem śmierci na ostrzu żyletki. Dla Hermanna Maiera te zawody były ważniejsze niż igrzyska olimpijskie. Witajcie w Kitzbühel!

W autobiografii któregoś z legendarnych alpejczyków - chyba Franza Klammera - Sasza wyczytał, że na sam widok przydrożnej tablicy z napisem "Kitzbühel" pytał o toaletę. Inny mistrz wspominał, że za żadne skarby nie ruszyłby na trasę, gdyby z budki startowej nie popchnął go trener.

- Oni muszą być szaleni, ale nie są głupi - tłumaczy Sasza. - Jak ktoś tu przyjeżdża, wie, czym to grozi. Po prostu można się zabić. Dlatego jako zawodnik nie przyjechałem tutaj nigdy - dodaje Marcin Szafrański, polski olimpijczyk, dziś narciarski ekspert Eurosportu.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej