Kiedy Arkadiusz Jakubik wysupływał z portfela 15 dziesięciogroszówek na wodę mineralną, zastanawiałam się, w jakiej roli zapamiętała go kasjerka. Pewność co do znajomości jego twarzy obwieściła mu, gdy tylko wszedł do Żabki. Wydawała mi się za młoda, by na początku lat 90. oglądać go na scenie Operetki Warszawskiej i w Teatrze Rampa. Z tego samego powodu zdyskwalifikowałam ją jako fankę sitcomu "13. posterunek". Kiedy na ekrany wchodziło "Wesele" Smarzowskiego, mogła mieć naście lat. Nie miałam pewności, czy mogła widzieć "Dom zły", ale "Drogówkę" i "Pod Mocnym Aniołem" - to już prawdopodobne.

Była jeszcze ewentualność, że zapamiętała go w roli ojca w "Chce się żyć" albo menedżera Paktofoniki w "Jesteś Bogiem". Nie podejrzewałam, że dostrzegła go w "Prostej historii o miłości", którą wyreżyserował. Nie dość, że miał tam burzę włosów i nadwagę, co już się w Żabce nie zgadzało, to jeszcze na ekranie mignął przez moment. Intuicyjnie skreśliłam ją też z listy słuchaczek Dr. Misio.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej