Wśród chat z dachami z liści palmowych słychać przeciągłe wycie. Czteroletnia słonica, którą kilka dni wcześniej złapano w dżungli porastającej północną Tajlandię, stoi w niedużej drewnianej klatce. Nie może się obrócić ani położyć. Wyje, bo właśnie zaczęła się sesja treningowa. Siedmiu treserów nazywanych mahoutami (słowo pochodzi z języka hindi) wbija jej gwoździe w uszy i stopy. Nazywają to oswajaniem. Uważają - jak przez kilka tysięcy lat większość treserów w południowo-wschodniej Azji - że słoń, żeby słuchać człowieka, najpierw musi się go bać. Boi się, kiedy kojarzy człowieka z bólem. Za kilka miesięcy słonica będzie gotowa, żeby wozić na grzbiecie turystów.

Trening słoni w Tajlandii, materiał drastyczny

Jeśli będzie mieć szczęście, trafi do ośrodka na otwartym powietrzu, a lektyki, które będzie nosić na grzbiecie, są drewniane, a nie metalowe. Spacery nie trwają zbyt długo, a turyści wyszorują jej czasem plecy i na koniec nakarmią pędami bambusa. Jeśli będzie mieć mniej szczęścia, cały boży dzień spędzi, chodząc po pętli dwustumetrowej długości. Turysta wsiada z podestu na ławkę ustawioną na grzbiecie naszej słonicy. Start. Robimy kółeczko, w połowie pstryka flesz. Stop. Turysta zsiada, dostanie kubek ze zdjęciem. Wsiada kolejny, ten akurat ma fantazję - to już czwarta godzina wykupionej wycieczki, wypiło się kilka piw, zwiesza się więc z ławki, żeby dźgnąć słonicę w skórę i upewnić się, że to tak gruboskórne zwierzę, jak opowiadają. Całe szczęście to tylko pięć minut. Stop. Start.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej