Wśród chat z dachami z liści palmowych słychać przeciągłe wycie. Czteroletnia słonica, którą kilka dni wcześniej złapano w dżungli porastającej północną Tajlandię, stoi w niedużej drewnianej klatce. Nie może się obrócić ani położyć. Wyje, bo właśnie zaczęła się sesja treningowa. Siedmiu treserów nazywanych mahoutami (słowo pochodzi z języka hindi) wbija jej gwoździe w uszy i stopy. Nazywają to oswajaniem. Uważają - jak przez kilka tysięcy lat większość treserów w południowo-wschodniej Azji - że słoń, żeby słuchać człowieka, najpierw musi się go bać.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej