Skóra jest szorstka niczym papier ścierny, ale jego dłonie już się przyzwyczaiły. Równymi, pewnymi ciosami Made odcina płaty mięsa i dzieli je na drobne kawałki - maczeta jest ostra, nie trzeba uderzać dwa razy. Rośnie stos równych pasków. Pójdą na karmę dla zwierząt. Szorstką skórę upraży się na przekąskę albo wyrzuci. Made się spieszy. Płacą mu za sztukę. Bose nogi ślizgają się na kafelkach pełnych krwi i wody. Filetowanie dziesięciu mant zajmuje kwadrans. Za plecami Made leżą szare ciała rekinów. Na najcenniejszą część - płetwy - już się znalazł kupiec. Teraz trzeba komuś sprzedać mięso. Za chwilę maczeta znowu pójdzie w ruch.

***

Na targ w Tanjung Luar na południowym-wschodzie indonezyjskiej wyspy Lombok przyjeżdżam chwilę przed szóstą. Tłok niemiłosierny. Kolorowe miednice z rybami, owocami morza, ślimakami. Krabom związano szczypce, żeby nie mogły uciec. W niektórych koszach leżą uwędzone ryby - akurat na śniadanie. Kto nie ma miednicy, rozkłada poranny połów na styropianie albo na ziemi. Sprzedają tylko kobiety. Głowy przewiązane chustkami, wzorzyste koszule, sarongi wokół bioder. Patrzą na mnie niechętnie, nie godzą się na to, by być turystyczną atrakcją. Popychają, kiedy zatrzymuję się, żeby obejrzeć karnaksa żółtopłetwego o spłaszczonej głowie. Przepychają się z miednicami pełnymi srebrzystych ciał ostroboków. Chcą zniknąć, zanim słońce zacznie grzać zbyt mocno - na targu nie ma cienia, jakieś pojedyncze drzewa, kilka hal bez ścian, ale tam sprzedaje się tylko rekiny.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej