Jarosław Mikołajewski: Znała pani Korczaka osobiście...

Joanna Olczak-Ronikier: Od kiedy się urodziłam, był moim lekarzem. Moi dziadkowie, Mortkowiczowie, byli jego wydawcami i przyjaciółmi.

Jeszcze w normalnych czasach?

- Powiedzmy, że lata przedwojenne były normalne, ale tak. Kiedy wybuchła wojna, miałam prawie pięć lat, spotykaliśmy się również podczas okupacji.

W getcie?

- Nawet w prowadzonym przez niego Domu Sierot, póki bramy getta były otwarte. I u nas w domu, po aryjskiej stronie Warszawy.

Jak się do pani odnosił? Czuła w nim pani pedagoga?

- Nie umiem rozdzielić w nim człowieka i wychowawcy. Był jedyny, specyficzny. Osobny, postępujący zupełnie po swojemu. Z niezależnością, którą napotkałam u nielicznych ludzi.

Takich jak?

- Tadeusz Kantor, Piotr Skrzynecki... Trochę się wstydzę dzisiaj powiedzieć, że nie lubiłam Korczaka i krzyczałam na niego: "Idź, Doktoru, z mojego domu. Masz paskudną łysą skórę na głowie". Zaważył na tym pewnie jego przekorny stosunek do dziecka, którym byłam. Wciąż się wygłupiał.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej