''Filozofowie tylko rozmaicie interpretowali świat, chodzi jednak o to, żeby go zmienić'' - napisał jeden z nich, Karol Marks.

W ostatnim ćwierćwieczu wielu uczonych z nauk społecznych próbowało zmieniać Polskę. Niektórzy włączyli się w politykę czynnie - brali udział w sprawowaniu władzy. Byli też tacy, którzy działając w ramach swojej kompetencji, faktycznie zmienili świat. Myślę tu o ekonomistach, zwłaszcza o jednym.

Inni naukowcy, na przykład socjologowie i historycy idei, zwykle szybko się przekonywali, że politycy mało korzystają z ich wiedzy, bo mają ją za nieprzydatną, i że świat polityki rządzi się innymi prawami niż znane im z książek.

Jeszcze inni przyznawali z czasem, że w rolach polityków zastąpić ich mogą tuziny innych, a w roli interpretatorów świata nie zastąpi ich nikt.

***

''O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć'' . Ta adaptacja znanej restrykcji Ludwiga Wittgensteina dotyczy jednak tylko auli - o tym, czego nie można mówić na katedrze, można i trzeba mówić w przestrzeni debaty publicznej. Ciekawe, że Max Weber, przecież orędownik nauki wolnej od sądów wartościujących, w słynnym eseju ''Nauka jako powołanie'' wyraził pogląd, że publiczne zajmowanie stanowiska w spornych sprawach politycznych jest ''absolutnym obowiązkiem'' ludzi nauki - oczywiście, jeśli się na tych sprawach znają. Publiczna analiza i ocena polityki, uprawianie nauki obywatelskiej należą do racji bytu nauk społecznych. Publiczna interpretacja doświadczenia społecznego jest nie mniej ważna niż dostarczanie podstaw inżynierii społecznej i doradzanie przywódcom.
Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej