Byliśmy ludźmi,
jesteśmy rzeczami.

Przestawiani z kąta w kąt -
pamiątki, które wstyd wyrzucić,
choć nie ma już dla nich miejsca
na półkach.

To wciąż my.
Idziemy mokrymi ulicami,
objęci i zapatrzeni w siebie,
jakby to był pierwszy raz.


Tak o twarzach naszych bliskich, naszych przodków, którzy wpatrują się w nas z pamiątkowych fotografii, pisze Mariusz Grzebalski w wierszu ''Zdjęcia mówią''.

Reprodukowana powyżej fotografia to jedno ze wspaniałych zdjęć, które ok. 1910 roku wykonał amerykański fotografik Lewis Hine (1874-1940) dokumentujący na zlecenie National Child Labor Committee pracę dzieci w fabrykach Stanów Zjednoczonych



1.

Kiedy dokładnie czuł to dławienie w gardle? Natknąwszy się na długą linię: ''Niepojęta moc mnie nosiła, jedno stulecie minęło, usłyszałem bijące w ciemności serce umarłych i żywych''? Czy raczej wobec tych prostszych, tak ludzkich słów: ''Opisywać chciałem ten, nie inny, kosz warzywa z położoną w poprzek rudowłosą lalką poru./ I pończochę na poręczy krzesła, suknię zmiętą tak, a nie inaczej''?

W każdym razie podczas lektury poematu Miłosza ''Na trąbach i na cytrze'' Zbigniew Herbert był bliski płaczu, o czym autorowi wiersza, serdecznemu wtedy przyjacielowi, donosił w liście: ''Czytam na głos z gulą w gardle''. W połowie lat 60. mieszkał w Berlinie i stąd słowa o niemieckiej właścicielce mieszkania, która ''pytała, czy się modlę'', wiodące do dobitnej puenty: ''Ano modlę się w pewien sposób''.

Trzydzieści lat później inny wielki poeta - John Ashbery - czytał dla zgromadzonej w Nowym Jorku publiczności wiersz Elizabeth Bishop ''Ponad 2000 ilustracji oraz kompletny skorowidz imion biblijnych''. Dzięki nagraniu i dziś możemy usłyszeć, jak jego głos się załamuje, przechodzi w tłumiony płacz wobec finałowego obrazu: ''Otwórz tę ciężką księgę. Czemu nam przy oglądaniu/ nie wpadła dotąd w oczy ta stara scena Narodzenia?/ - te rozwarte drzwi mroku, ze skał tryskające światło,/ niepowstrzymany płomień, bez tchu, bez barwy, bez iskier,/ bez przeszkody sycący się słomą, a wewnątrz stajenki spokojnie/ śpiąca rodzina i jej domowe zwierzęta -/ a przecież patrzyliśmy, wypatrywaliśmy sobie niemowlęce, oniemiałe oczy'' (przeł. Stanisław Barańczak). Nic dziwnego.

Czy na dnie naszych dusz nie krwawi otwarta rana miłości, potrzeby bycia nią otulonym, jak ramionami matki w zapomnianym już dzieciństwie, jak to może będzie nam dane w domu ojca naszego, który jest w niebiesiech?
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej