ALEKSANDRA PEZDA: Czy gender niszczy tradycyjną rodzinę?

ANNA DZIERZGOWSKA: Prawdopodobnie tak, nie zaprzeczę. Tylko co to znaczy tradycyjna rodzina? Jako historyczka wiem, że rodzina przeobrażała się w dziejach szybciej niż jakakolwiek inna instytucja. W takim kształcie, jak funkcjonuje dziś, jest naprawdę świeżym zjawiskiem. Tzw. rodzina nuklearna, czyli dwa pokolenia: rodzice plus dzieci, to wytwór epoki przemysłowej i kapitalizmu. Wcześniej mieliśmy np. zhierarchizowane rody albo rodzinę rozumianą jako całe domowe otoczenie właściciela - nie tylko jego żony i dzieci, ale też służbę czy niewolników.

A dzisiejszy kryzys rodziny bierze się między innymi stąd, że ta instytucja zawsze była wobec kobiet represyjna.

EWA RUTKOWSKA: Represje polegały na przykład na tym, że rola kobiety była (i często jest do tej pory) ograniczania do prokreacji. Na kobiecie kiedyś i teraz spoczywała troska o zapobieżenie ciąży, np. w trudnych warunkach materialnych. Jeśli już w ciążę zachodziła, to raczej po jej stronie była troska o potomstwo. Kobietę "udomowiono" już w starożytności, co widać u Arystotelesa, gdzie jest po prostu rodzajem narzędzia do wykonywania prac domowych. Z tego powodu kobiety nie mogły się np. kształcić. Rodzina nuklearna z kolei daje kobietom tylko pozory emancypacji. Bo z uwagi na to przeszłe "urodzinnienie" i "udomowienie" oczekuje się od nich, że będą godzić role prywatne i zawodowe. Dlatego i ten model rodziny się zmienia w ślad za ruchami emancypacyjnymi. Czy na lepsze? Niekoniecznie, nie możemy mieć takiej pewności. Na razie zresztą coraz częściej mamy do czynienia z nowym modelem rodziny: dziecko, jego matka i matka tej matki. Może nam się to nie podobać, ale głębokich zmian społecznych tak po prostu zatrzymać się nie da.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej