Pełnej satysfakcji oczywiście nie osiągniemy, portugalski futbolista - wyniesiony w poniedziałek na najwybitniejszego w świecie, wygrał plebiscyt Złota Piłka - to żywy bolid, przywykły do działania wyłącznie na najwyższych obrotach. Ale będziemy mogli odetchnąć, że przynajmniej próbowaliśmy.

Zaledwie pół wieku temu żyliśmy w głębokim zacofaniu akceptującym ułomności nawet na wielkich scenach. Ówczesnym poprzednikiem Ronaldo - odgrywał na boisku tę samą rolę, fachowo: skrzydłowego - był niejaki Garrincha. Miał zeza, krzywy kręgosłup, lewą nogę o sześć centymetrów krótszą od prawej, wygięte na zewnątrz kolano. Jedna gigantyczna wada wrodzona, spotęgowana jeszcze w dzieciństwie chronicznym niedożywieniem. Brutalnie mówiąc: kaleka. A jednak został Brazylijczyk fantastycznym futbolistą, mundial w 1962 r. wygrał niemal samotnie.

Tak, jeszcze wczoraj w wielkim sporcie mogli rządzić zwykli ludzie ulegający zwykłym ludzkim słabościom. Bohater lat 60. George Best imprezował między meczami do białego rana, bohater lat 70. Johan Cruyff wdychał więcej substancji smolistych niż tlenu (paczkę papierosów odkopnął w słynnej reklamie dopiero po zakończeniu kariery), bohaterowi lat 80. Diego Maradonie wystawał brzuch. Ale oni nie prężyli się na zasłaniających słońce billboardach, z których dziś spogląda Ronaldo - roznegliżowany, o absurdalnie proporcjonalnych kształtach, w pozie wymuskanego, wydepilowanego od stóp do brwi przedmiotu pożądania. Wtedy nie istniała jeszcze religia ostatnio rozwijająca się chyba najdynamiczniej - z samym sobą jako jedynym bożkiem, z przykazaniem nieustającego usuwania rzekomych defektów ciała i ducha, z wysoce zalecanym poszukiwaniem granic możliwości ludzkiego organizmu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej