Będę mówił o ideowej legitymizacji systemu, w którym żyjemy - nazywanego liberalną demokracją, odwołującego się do szerokiej, wielokulturowej tradycji liberalnej, broniącej wolności jednostki, równoważonej demokratyczną zasadą suwerenności ludu.

Tak ogólne określenie jest jednak bardzo mylące. Słowo ''liberalizm'' bowiem zawłaszczone zostało u nas przez wyznawców liberalizmu jednostronnie ekonomicznego, dla którego właściwym podmiotem wolności nie jest człowiek, lecz rynek, demokracja zaś traktowana jest jako ''populizm'' próbujący wymusić na ustawodawcach ograniczenie wolności rynku w imię respektowania ''roszczeń'' i ''przywilejów'' takich czy innych grup społecznych - chociażby nawet były to postulaty społecznie i moralnie mocno uzasadnione. Do kluczowych słów tak pojętego ''liberalizmu'' należy oczywiście ''prywatyzacja'', ''reprywatyzacja'' i ''deregulacja''.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej