Był to wiek, w którym panującym nie wystarczała władza absolutna - chcieli być jeszcze podziwiani jako twórcy. Fryderyk II, który zaczynał dzień od komponowania utworów na flet (grywa się jego kompozycje i dzisiaj), był niezmordowanym wierszopisem, opiewał w poematach (po francusku) aktualne wydarzenia (np. szyderczo opisał porwanie Stanisława Augusta), ściągnął do swojego Sans-Souci samego Woltera, żeby mu poprawiał jego dzieła. (Wolter, choć dobrze opłacany, sarkał: ''Znowu mi podrzucił brudną bieliznę do prania'').

''Wielki Fryc'', trzeba go za to pochwalić, przynajmniej wiedział o swojej niedoskonałości. Nie miała takich wątpliwości Katarzyna II. Pisywała komedie (w tym jedną atakującą masonów, co przeczy jadowitym hipotezom, że rozbiór Polski był spiskiem masonerii), redagowała pismo ''Wszelka wszelakość'' (Wsiakaja wsiaczina), chłostała wady publiczne biczem satyry, wyręczając w tym konkurentów spośród poddanych, których utwory konfiskowała, autorów więziła, Radiszczewa nawet skazała na śmierć (''Nie lubi carów!'' - notowała wzburzona na marginesie jego ''Podróży z Petersburga do Moskwy'').
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej